divendres, 16 d’abril de 2010

A potem beznadzieja i starość pariasa

Nie wiem, czy to w sobotę, czy to w niedzielę, czy to po prostu w ogóle w weekend. Jak jem śniadanie oglądam w telewizji katalońskiej program polegający na tym, że katalońscy studenci opowiadają różne historie o kraju, w którym są w ramach jakieś stypendium czy czegoś. Oczywiście przeważa dyskurs prawie dziecinny, naiwny, prawie wszystkie komentarze są banalne, takie, jakie umie robić każdy wykształcony turysta; nic w tym dziwnego, są młodzi, są studentami, wszystko w porządku. No i dobrze, że umieją rozumować trzymająć jakiś dystans wobec wląsnego kraju i własnych ludzi. Ale nie o to mi chodzi.

Pochodzę z proletaryjskiej rodzinny, która właściwie nigdy nie miała pieniędzy na turystyczne wyjazdy poza najbliższymi regionami Hiszpanii. No tak, moje rodzice byli w Szwajcarii, ale na emigracji. Po raz pierwszy przekroczyłem granice tego państwa gdy miałem 22 lata (!): całkiem przypadkowo dostałem stypendium Erasmus (nie wiedząc ani tego, że takie stipendia istnieją), którego nikt nie chciał dlatego, że był to na pobyt w Niemczech. Jak wylądowałem na lotnisko we Frankfurcie mi się wydawało, że jestem na innej planecie. Byłem o wiele bardziej naiwny niż studenci tego programu telewizijnego. Dla mnie ten kosmopolityzm podróżowania po świecie zawsze miał cechy czegoś mitycznego. Nawet teraz tak jest, chociaż od lat jest mi trochę bardziej możliwe coś takiego robić. W dalszym ciągu podziwiam tych, którzy byli i w Rosji, i w Anglii, i w Szwecji, i na Ukrainie, i w Rumunii, i w... By wspominać tylko kraje europejskie. Wiem jednak, że sporo jest turystów, którzy byli fizycznie w innych krajach ale nigdy nie poruszali się poza własnym domem, bo dalej są ignorantami i nic się nie nauczyli na tych podróżach. Tak, wiem. Ale...

Patrzę na nich z takim wrażeniem, w tym momencie dla mnie jeszcze dziwnym, że należę do innego pokolenia i do innego warstwa społecznego, przynajmniej z perspektywy mojego pochodzenia. Dla tych studentów podróże, mówienie w różnych językach (przede wszystkim doskonale posługiwać się angielskim, ach!), mieć znajomych ze wszystkich stron świata itd jest wydarzeniem całkowicie naturalnym. U mnie to wszystko jest związane z pewnym utopicznym marzeniem, chociaż ja również mam mniej więcej takie życie i takie doświadczenia. Ale nadal żyję tak, jakby to było sprawa innych a nie moja, jakby ten ideał był trudny do osiągnięcia... bo dla mnie tak był, ale u nich to jest całkiem inaczej. Może taki jest zawsze upływ czasu. A może po prostu taka jest zawsze zazdrość. W gruncie rzeczy interpretuję ich sytuację w tym sensie: to twój prowincjonalizm, człowieku. No taki kompleks, no.